Aksjomat to twierdzenie sprawdzalne, lecz na ogół przyjmowane bez konieczności przeprowadzania dowodu; to pewnik, oczywista prawda nie wymagająca dyskusji. Prawda jest aksjomatem i nie potrzebuje dowodu. Wszystko, co popierane być musi argumentem lub dowodem, wcześniej czy później zbite zostanie dowodem lub argumentem. - mówi Mirdad - Udowodnić coś, oznacza obalić jego przeciwieństwo. Udowodnienie jego przeciwieństwa oznacza obalenie jego samego.
Nauki mistyczne są tak odwieczne, że nikt nie może określić kiedy pierwszy raz pojawiły się na Ziemi. Historycy docierają do coraz głębszych, dostępnych źródeł wiedzy pisanej, co kilka lat natrafia się na coraz starsze manuskrypty, których anonimowi autorzy powołują się na jeszcze wcześniejszych autorów oraz twierdzą, że wiedza ta przyszła bezpośrednio od samego Boga. Mistrzowie obecnego tysiąclecia naszej ery, których pismami posługujemy się na co dzień w naszych studiach mistycznych oraz żyjący współcześnie mistycy, potwierdzają ten pogląd, dodając, że prawdy mistyczne - choć mogą istnieć dla potomności w formie spisanych ręcznie stanz lub wydrukowanych książek - są zawsze na świeżo i na bieżąco odnawiane, ponieważ pojawiają się w tym świecie wraz z przychodzącymi kolejnymi doskonałymi Mistrzami. Ten ostatni fakt nie oznacza, że przynoszone przez coraz to nowych Synów Bożych, są za każdym razem zupełnie lub chociaż trochę inne. Ich esencja, główny trzon i zasady, są zawsze te same, lecz sposób ich przekazywania może się różnić w zależności od przekazującego je mistyka, okoliczności, podłoża kulturowego oraz zaawansowania duchowego i mentalności słuchaczy.
W treści nie może być różnic. Gdyby każdy Mistrz wprowadzał swoje, nawet bardzo nieznaczne i mało istotne zmiany, łatwo sobie wyobrazić jak wiedza mistyczna wyglądałaby już po kilkuset latach! Czyż zatem tak zmieniona prawda byłaby prawdziwą Prawdą? Czy można by było mieć do niej zaufanie? Czy można by było ufać mistykowi, który ją głosi? Czy można by było ją uznać za aksjomat? Oczywiście nie - tak zmienione nauki stałyby się bowiem podstawą do utworzenia jeszcze jednej religii lub sekty. Pochodzący od Boga aksjomat uległby teologicznej transmutacji i stałby się wymyślonym przez człowieka dogmatem.
Różnica pomiędzy dogmatem a aksjomatem jest bardzo istotna. Jak pisze Kopaliński, dogmat jest zasadą teologiczną objętą kanonem wiary, podaną przez organizację religijną do wierzenia jako niewzruszona prawda, nie podlegająca krytyce ani dyskusji; jest to twierdzenie przyjmowane bezkrytycznie za prawdę tylko na podstawie autorytetu, bez względu na zgodność z doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. A na temat dogmatyzmu, pisze: jest to antykrytycyzm, przeciwieństwo sceptycyzmu; postawa umysłowa, którą charakteryzuje przyjmowanie poglądów bez dowodu, na zasadzie ślepej wiary.
A zatem, jak wynika z zestawienia obu definicji, zasadnicza różnica pomiędzy aksjomatem a dogmatem polega na tym, że w przypadku aksjomatu dopuszcza się możliwość jego sprawdzenia przy pomocy osobistego doświadczenia, zaś w przypadku dogmatu droga do takiego sprawdzenia jest zamknięta. Jak wiemy z historii, ktokolwiek miał ochotę na samo sprawdzanie prawdziwości dogmatu, był już podejrzany dla organizacji religijnej - ten zaś, który poważył się kwestionować jego prawdziwość lub próbował krytykować i polemizować, niezmiennie kończył swe życie męczeńską śmiercią. Choć aksjomat jest przyjmowany za prawdę bez konieczności przeprowadzania dowodu, jednak prawda ta jest sprawdzalna i została uznana za aksjomat dlatego, że w przeszłości całe pokolenia badaczy wielokrotnie takiego dowodu dokonały. Identyczna sytuacja występuje w przypadku mistycyzmu: wiedza mistyczna została wielokrotnie zweryfikowana przez mistyków i ich uczniów - i to zgodnie z najlepszymi zasadami naukowymi, bo w różnych czasach i miejscach, najzupełniej niezależnie od siebie stwierdzono dokładnie to samo. Prawdy mistyczne są nadal otwarte dla szczerych poszukiwaczy i zainteresowany może otrzymać wskazówki w jaki sposób je samemu sprawdzać. W istocie, prawdziwa ścieżka duchowa polega właśnie na osobistym sprawdzaniu, na zdobywaniu wiedzy samemu, na wewnętrznym samokształceniu.
Dogmat natomiast jest nie do sprawdzenia; po pierwsze dlatego, że będąc wymyślony przez niewielką grupę ludzi wpływowych w celu podporządkowania sobie mas, jest twierdzeniem nie posiadającym pokrycia w rzeczywistości; po drugie, nie mając pokrycia w rzeczywistości, nie istnieją również metody, przy pomocy których można by pokusić się o jego sprawdzenie; po trzecie, tak zwane "autorytety", które ze swego twierdzenia uczyniły dogmat, przez sam fakt zablokowania jakiejkolwiek możliwości jego sprawdzenia, pod wielkim znakiem zapytania postawiły swoje kompetencje; po czwarte, nazwiska twórców dogmatów znamy i jak wynika z Pism, które pozostawili potomności, żadnego z nich nie można raczej nazwać mistykiem, tzn. takim człowiekiem, który dzięki uprawianiu właściwych praktyk mistycznych pod opieką doskonałego Mistrza, ma możliwość zgodnego ze swoją wolą wchodzenia do wewnątrz i stamtąd czerpania mistycznej wiedzy, nie mówiąc już o zrozumieniu, które pozwala na właściwą interpretację tego, co się stamtąd zaczerpnęło. Co jednak najważniejsze - w mistycyzmie każdy uczeń, który szczerze przykłada się do medytacji, ma możliwość sprawdzenia wszystkich nauk, wszystkich ich aspektów i zagadnień. Jest to możliwość osobistego sprawdzenia. Od A do Z - aż do osobistego przekonania się o istnieniu Boga. To każdy zainicjowany ma zagwarantowane pod warunkiem, że będzie sam tego chciał.
Czy zdarzyło nam się kiedykolwiek spotkać człowieka, który z ręką na sercu, całkowicie szczerze i otwarcie mógłby powiedzieć, że jest szczęśliwy? Któż z nas może z ręką na sercu powiedzieć to o sobie? Niełatwo znaleźć takiego, który ma wszystko co chce i niczego już nie pragnie; który jest całkowicie zdrowy i nie chciałby być zdrowszy; który jest już bogaty i nie chciałby być bogatszy; który jest już sławny i nie chciałby być sławniejszy. Ilu jest takich na tym świecie, którzy nie cierpią z powodu nie spełniania się pragnień i marzeń, nie narzekają na okrucieństwo losu, nie obwiniają innych ludzi i niesprawiedliwości ustroju polityczno-społecznego?
W naszym życiu codziennym chwile radości i szczęścia poprzetykane są chwilami smutku i nieszczęścia. Los każdego z nas jest mieszaniną szczęścia i nieszczęścia - nie ma takiego człowieka, którego życie byłoby całkowicie dobre, albo całkowicie złe. Jedynie od karmy losowej zależy, na którą stronę strzałka wagi się przechyla. Mirdad mówi: Dni wasze nie są takie same. Niektóre są pogodne. Są żniwem godzin przeżytych właściwie. Niektóre chmurami są zaciągnięte. Są podarunkiem za godziny na wpół śpiące w Śmierci i na wpół w Życiu czuwające. Jeszcze inne rzucają się na was na kształt burzy, z błyskawicami w oczach i grzmotem nozdrzy. Uderzają was z góry, chłoszczą od dołu, ciskają wami w prawo i w lewo, rozpłaszczają na ziemi, aż gryziecie ziemski pył i żałujecie, iż was zrodzono. Takie dni są owocem godzin spędzonych w rozmyślnej opozycji do Prawa.
Nasze obecne dni chmurne i burzliwe, które przynoszą nam różnego rodzaju tragedie, choroby, cierpienia fizyczne i moralne, niepowodzenia i porażki; które rzucają nam kłody pod nogi i zastawiają pułapki; które wprowadzają nas w kontakt z ludźmi, których za wszelką cenę chcielibyśmy jak najdalej ominąć; które wpędzają nas w sytuacje, którym nie potrafimy sprostać - są wynikiem naszych własnych działań w przeszłości. Mimo to, mimo że niejednokrotnie przeklinamy to życie, gdyby nam zaproponowano "uśpienie", a następnie życie lepsze, wygodniejsze, bogatsze, w lepszych warunkach, klimacie i ustroju, to naturalnie wolelibyśmy zachować to nasze obecne, pełne nieszczęść, niż zgodzić się na coś lepszego, ale niepewnego. Innymi słowy, wolimy tego naszego szarego wróbla w garści, niż kolorowego kanarka na dachu. Dzieje się tak, ponieważ życie jest dla każdego drogie, bezcenne i nikt nie chce go utracić, co - paradoksalnie - wcale nie przeszkadza wielu z nas trwonić je każdego dnia, rozmieniać na drobne, pozwalać mu przeciekać pomiędzy palcami.
Czy gdzieś na tym świecie jest szczęście? W wodzie wielkie ryby żywią się małymi, na lądzie drapieżniki żyją kosztem roślinożerców, w powietrzu drapieżne ptaki polują na małe, żywiące się owadami i nasionami roślin. Człowiek oczywiście, jako Szczyt Stworzenia, uważa Naturę za sobie podległą i zabija wszystko co żyje - dokonuje rozlewu krwi i zabiera życie nawet w obrębie swojego rodzaju. Przed człowiekiem nic nie jest się w stanie uchronić i nic nie może się czuć bezpieczne. Miliony sztuk bydła prowadzanego codziennie na rzeź i przerabianego na mięso, wiedzą po co idą i choć nie potrafią i nie mogą się bronić, ich strach zatruwa nas, ludzi. Strach, zmęczenie i cierpienia zagonionego zwierzęcia podczas polowania, żłobią bardzo głęboką rysę w magazynie karmicznym myśliwego. Ludzka postać, którą otrzymujemy w podniosłym i szlachetnym celu odnalezienia i urzeczywistnienia Boga, marnowana jest na tyranię w stosunku do stworzeń tego Boga, Jego dzieci, które mają takie same prawa jak my. Zwierzę zabija tylko wtedy, kiedy jest głodne, człowiek zaś zabija dla sportu, dla przyjemności, dla zaspokojenia ambicji, pokazania się - dlatego, gdy spada aż tak nisko, jest o wiele gorszy niż zwierzę i gorzej od zwierzęcia bywa traktowany przez siły, które rządzą losem. Człowiek zabija wszystko co się rusza, odbiera życie, którego ani nie daje, ani nie ma prawa zabrać, zupełnie jakby sobie nie zdawał sprawy, że następnym istnieniem zabitym na tym świecie może być właśnie on.
Oprócz zabijania również "kochamy" zwierzęta - kochamy je do tego stopnia, że chcąc je mieć nieustannie przy sobie i bez przerwy na nie patrzeć, w klatkach trzymamy ptaki, które w normalnych warunkach przemierzają dziennie setki kilometrów podniebnych szlaków, a jeśli jesteśmy tak litościwi, że nie chcemy ich więzić, dajemy im iluzję wolności, jednocześnie podcinając im skrzydła, aby od nas nie uciekły. Trzymamy psy i koty, którym albo stwarzamy sztuczne, nienaturalne warunki komfortu, odbierając im jednocześnie nawet iluzję swobody, albo posuwamy się do przeciwnej skrajności: zaniedbujemy je, głodzimy, zapominamy o nich na kilka dni, a kiedy nasze uczucia ochłodną zupełnie lub pupilek się znudzi, zachoruje, zestarzeje się, czy w jakiś inny sposób stanie się dla nas ciężarem, nie mamy żadnych obiekcji uśpić go czy też wywieźć daleko za miasto i tam w lesie zgubić.
Zabijamy siebie nawzajem na wojnach, od których świat nigdy nie jest wolny. W czasie ostatnich ponad pięćdziesięciu lat od zakończenia drugiej wojny światowej, zwanych czasem "pokoju" - mieliśmy na świecie kilkadziesiąt (jeśli nie kilkaset!) pomniejszych konfliktów, wcale niemniej krwawych, które zabrały życie większej liczbie ludzi, niż obie wielkie wojny razem wzięte. Zbroimy się jedni przeciw drugim, wydając niesamowite pieniądze, które można by wykorzystać na o wiele szlachetniejsze cele. Współczesna technologia, rozwój większości gałęzi nauki odbywa się pod dyktando kół wojskowych i za pieniądze przeznaczone na cele zbrojeniowe, a inspirowany jest naszą zaborczością, chciwością, pychą, naszym pędem do zabijania, do niszczenia, do unieszczęśliwiania jedni drugich. Żyjemy w ciągłym strachu, że pewnego dnia jakiś szaleniec celowo lub przez pomyłkę naciśnie ten czerwony guzik. Boimy się tego, ale przecież chcemy tego - to my bowiem wybieramy naszych przywódców, to my czynimy z nich, upoważnionych przez siebie reprezentantów. Oni działają tylko w naszym imieniu, oni niczego nie robią na własną rękę, oni mają podpisane przez nas upoważnienie.
Nawet religie, czyli organizacje, które są (przynajmniej teoretycznie) po to, aby głosić Boga, aby nauczać miłości do Niego oraz pomagać nam w osiąganiu zbawienia - podjudzają ludzi przeciw sobie, sieją niezgodę, nienawiść; poprzez rozdrapywanie dawno zagojonych ran wzbudzają antagonizmy międzyetniczne, rasowe i międzynarodowe. Na lekcjach religii uczy się szowinizmu i nienawiści do bliźniego dzieci urodzone w kilkadziesiąt lat po wojnie, pod pozorem uczenia prawdziwej historii kraju i wszczepiania patriotyzmu. Z ambon próbuje się załatwiać brudne sprawy i polityczne porachunki, zamiast nauczać miłości bliźniego, zasad prawdziwej moralności i duchowości.
Nawet kulturę i sztukę, które powinny spełniać ludzkie potrzeby wyższego rzędu, poprzez wzbudzanie szlachetnych uczuć, inspirowanie do szlachetnych czynów, tworzenie wokół siebie piękna, radości, dobra - zamieniliśmy w pokaz demonstracji brutalnej siły, gwałtu, pornografii. Sztuka dziś, jeżeli nie służy propagandzie lub reklamie, zamiast uczyć - ogłupia, zamiast umoralniać - deprawuje; zamiast uszlachetniać - degeneruje. Wykorzystuje się ją do coraz głębszego zaplątywania ludzi w sieć coraz bardziej wymyślnych pragnień, emocji, przywiązań.
Wiemy już, że obecna cywilizacja nie jest pierwszą na naszym Globie. Wiemy też, że nie należy ona do najbardziej zaawansowanych - choć z tym stwierdzeniem wielu nie chce się zgodzić. Jakie były te wcześniejsze cywilizacje nie wiemy jednakże, domyślamy się jedynie, że dążąc do doskonałości, do szczęścia, wszystkie one poniosły sromotną porażkę i zniknęły niemal bez śladu. Bowiem poszukiwanie szczęścia i doskonałości w tym świecie jest zadaniem z góry skazanym na niepowodzenie - lecz mimo to, zadaniem człowieka jest nieustannie dążyć do ich osiągnięcia.
Jest on obcym krajem, w którym nic nie jest stałe, pewne, trwałe, niezmienne. Dusza czuje się obco i ma coś w rodzaju "tremy", gdy przychodzi jej po raz kolejny zejść do tego świata. Później rodzi się i podczas długiego i mozolnego okresu dzieciństwa, zapomina o swych niepokojach, rozszerzając granice swej ojczyzny w miarę upływu lat - od wiklinowego łóżeczka, pokoju, domu i podwórka, aż do miasta i kraju. Zapominamy wszystko to, co widzieliśmy, przeżyliśmy i dowiedzieliśmy się w światach pozazmysłowych i ten świat zaczynamy uważać za swój rodzinny dom. Kabir mówi: "Kiedy opuszczasz łono i przybywasz do tego świata, wraz z pierwszym oddechem zapominasz Pana".
Ten świat wchodzi w skład potrójnego universum będącego dziedziną Podwójności, dlatego jest miejscem nieustannego ścierania się przeciwieństw. Jest krainą niepewności, ponieważ żyjąc tutaj, nigdy i niczego nie możemy być całkowicie pewni. Któż z nas wie jak długo potrwa jego życie - czy nasze plany na nadchodzący tydzień nie stracą aktualności już we wtorek, bo z punktu widzenia tego świata po prostu przestaniemy istnieć? A mimo to, ludzie ryzykują, planując i zadłużając się na 30 - 40 lat naprzód, chociaż nie mogą być pewni, co stanie się z nimi w ciągu najbliższych pięciu minut. Dziś zawieramy związek małżeński, obiecując i deklarując sobie wiele rzeczy nawzajem, zaś za kilka miesięcy lub lat, dotrzymawszy niewiele lub nic, rozchodzimy się każde w swoją stronę, a deklarowana "do grobowej deski" miłość przeradza się teraz we wzajemną niechęć i nienawiść. Ileż razy dzieje się tak bez wyraźnego, konkretnego powodu. Ot, koniec pewnego wycinka karmy na to życie.
W tym świecie nic do nas nie należy. Rzeczy, którymi posługujemy się na co dzień, są nam wypożyczone, abyśmy mogli tutaj funkcjonować. Nawet tak bardzo "nasze" ciało, składa się z materii wypożyczonej od sfery fizycznej tego universum; materii, która podlega nieustannej wymianie. Dosłownie w każdej sekundzie naszego życia jesteśmy trochę inni niż w poprzedniej. Czyż to nie oddech Adama nadyma wciąż płuca wasze? - pyta Mirdad. To ciało jest nieustannie zasilane, ożywiane energią, która przychodzi, przepływa przez nas wykonując swoje zadanie i odchodzi, robiąc miejsce następnemu jej strumieniowi. W ten sposób jesteśmy częścią Natury, jesteśmy w nieustannym, nierozerwalnym związku z resztą Wszechświata. Dane nam ono zostało na kilkadziesiąt lat w celu wypełnienia jakiegoś fragmentu ludzkiej części naszej karmy - gdy zadanie zostanie wykonane, strumień zasilającej energii zostaje zatrzymany i ciało automatycznie przestaje być zorganizowaną całością, organizmem. Staje się coraz bardziej bezładną mieszaniną materii organicznej i nieorganicznej, dążącej już tylko do jednego celu: do wtopienia się w Matkę Naturę, która dokona jej przeróbki i włączy ją w skład fizycznych ciał roślin, zwierząt lub innych ludzi. Kiedy dusza ma znowu narodzić się w ludzkim ciele, z tego samego magazynu materii, którym jest świat fizyczny, otrzymuje znowu składniki potrzebne do budowy ciała. Część z nich może być względnie nowa, lecz większość jest już wielokrotnie używana.
Prawdziwym człowiekiem jest dusza, która nie jest z tego świata. Jest starsza od tego universum i wszystkich poprzednich - jest nawet starsza od całego Stworzenia. Choć słowo "starsza" nie jest odpowiednie, gdy mówimy o duszy, która istniała przed powstaniem pojęcia Czasu i Przestrzeni, to jednak nie ma innego, aby je zastąpić, chcąc powiedzieć, że dusza jest "wcześniejsza" od wszystkich niewidzialnych regionów złożonych z różnych rodzajów subtelnej materii oraz widzialnych światów zbudowanych z konkretnych, namacalnych substancji, które my, ludzie, przyzwyczailiśmy się materią nazywać.
Dusza jest tak samo wieczna jak Bóg, którego jest częścią i "dzieckiem". Jeżeli nawet będziemy brali pod uwagę jakiś konkretny "moment narodzin" duszy, to nie możemy zapominać, że powstała ona w Bogu, który jest Niepoczęty i Niezrodzony - jest zatem tak jak On niepoczęta i niezrodzona, wiecznie istniejąca, niezniszczalna.
Miejscem, które Mistrzowie uznają za kolebkę duszy, jest najwyższy, piąty region, w którym nastąpiła manifestacja Boga; region, z którego Bezforemny i Niezamanifestowany, Bezimienny Bóg wyruszył do Akcji w postaci SŁOWA, Logos, Shabdu, Imienia. To z tego regionu zwanego naszym Prawdziwym Domem, również i dusza stworzona na obraz i podobieństwo Boga wyruszyła do akcji, aby zakosztować świata materialnego, aby dokonać swej własnej, indywidualnej manifestacji, aby poprzez doświadczanie rozwinąć wszystkie swoje - będące w zarodku, w uśpieniu - atrybuty boskości; aby w wyniku tego rozwinięcia poznać siebie, prawdę o sobie; aby uświadomić sobie swoje boskie pochodzenie i dziedzictwo; aby przebyć powrotną drogę do Boga, włączyć się, zatopić się w Nim, stopić się z Nim w jedną Całość i stać się Nim znowu.
Ten świat i cała reszta potrójnego universum jest "poligonem doświadczalnym, ćwiczebnym dla duszy" - jak to kiedyś bardzo trafnie nazwano. Jest wielostopniową, wieloklasową szkołą, w której dusza poprzez niezliczone wcielenia w osiem milionów czterysta tysięcy rodzajów form życia, zdobywa potrzebne jej do osiągnięcia doskonałości doświadczenia. Jest to bardzo twarda szkoła - szkoła życia w prawdziwym tego słowa znaczeniu, w której głównym, obowiązkowym przedmiotem nauczania, który na koniec staje się jedynym przedmiotem, jest Miłość. Do im wyższej klasy dusza awansuje, tym jest ta klasa trudniejsza i tym więcej w niej przeszkód, tym więcej pokus, aby "zwiać z lekcji" lub "pójść na wagary". Im czuje się bardziej mądra, zaawansowana, rozwinięta i doskonała, tym większa bywa jej duma, która w silny, acz niewidoczny sposób powstrzymuje jej postęp na drodze do doskonałości. Im bardziej "ucywilizowana", tym cięższą popełnia karmę, którą coraz trudniej spłacać i która czasem strąca ją na jakiś czas do niższych form życia. Mimo tego wszystkiego, mimo braku prawdziwego szczęścia, radości i pokoju na tym świecie, dusza coraz bardziej i bardziej przywiązuje się do tego świata.
Jaka by jednak nie była przywiązana, każda dusza posiada mgliste przeświadczenie, że coś tu jest nie tak i że nie jest ona na swoim miejscu. Są to odczucia bardzo mgliste, mające bardzo rzadko możliwość przebić się przez sprawy i problemy naszej codzienności. Jednakże, u niektórych dusz odczucia tego typu stają się coraz bardziej wyraźne, aż w końcu wysuwają się na plan pierwszy ich ziemskiej egzystencji - zamieniają się w jakąś bardzo niewyraźną tęsknotą za odległym krajem i podróżą do niego, w jakieś dziwne przeczucie, jakieś zupełnie niewytłumaczalne deja vu. Zbyt to jest irracjonalne, aby brać to poważnie, więc początkowo staramy się na to nie zwracać uwagi, odsuwać to od siebie jak najdalej; później sami przed sobą wstydzimy się tych chwil melancholii, głębokiej zadumy, jakiegoś niewytłumaczalnego wzruszenia i rozrzewnienia, dlatego często zabijamy je alkoholem, narkotykami lub po prostu "wyjściem", aby się zabawić. W pewnym momencie jednak, te niejasne odczucia stają się tak wyraźne i silne, że przybierają postać Wielkiej Nostalgii. Wiemy już, że droga w dół do zmysłów i świata, jest fałszywą ścieżką, pełną złudzeń i pozornych przyjemności, za które niezmiennie płaci się cierpieniem. Wiemy już, że właściwa droga wiedzie do góry, lecz nie wiemy jak ta droga wygląda, gdzie się rozpoczyna i jaki jest jej cel.
I wtedy uświadamiamy sobie, że ten świat jest niczym innym jak tylko więzieniem, które trzyma nas pod zamknięciem, bez względu na to, czy zamknięci jesteśmy w wilgotnym i cuchnącym lochu, czy złotej klatce. Przekonujemy się bowiem, że w jakich byśmy wspaniałych i komfortowych warunkach nie żyli, w zdrowiu, radości i iluzji szczęścia - to zawsze będzie nam czegoś brakować, a mianowicie jednej i najważniejszej rzeczy: wolności.
Wszystko w tym świecie można kupić za pieniądze poza paroma rzeczami, których brak czyni z nas zamkniętych pod kluczem, cierpiących więźniów i zagonionych do ciężkiej, niewdzięcznej harówki niewolników. Tymi rzeczami, na które nie ma ceny, są: miłość, wola, zdrowie, szczęście, mądrość i wolność. Tych rzeczy nie kupi się za żadne pieniądze, wpływy, ani nie zdobędzie siłą, ponieważ są one rozdawane za darmo, ale tylko tym, którzy sobie na nie naprawdę zarobią.
Tej możliwości nie ma żaden z ośmiu milionów czterystu tysięcy rodzajów form życia. Jedynie człowiek ma ten przywilej, ponieważ tylko w ludzkim ciele, dusza ma właściwą "odskocznię". Wszystkie inne rodzaje, nie wyłączając najwyższych istot żyjących w wewnętrznych światach, nie mogą rozpocząć powrotnej podróży do Boga, dopóki nie otrzymają ludzkiej postaci. Tylko bowiem w ludzkim ciele znajduje się "tajemne wejście wprowadzające duszę w Bożą naturę, gdzie wszystkie rzeczy przestają dla niej istnieć" - jak mówi Eckhart w ślad za św. Augustynem. W książce "Die to Live", Mistrz Charan Singh mówi:
Ludzka postać została nam nadana wyłącznie w celu osiągnięcia realizacji Boga. Jest ona jedynym wyjściem, w które Pan zaopatrzył duszę, aby mogła uciec z tego olbrzymiego więzienia, którym jest świat zjawisk. Lecz my jesteśmy tak głęboko pochłonięci ziemską aktywnością i zmysłowymi uciechami, że kompletnie ignorujemy cel wcielenia - gonimy za cieniem, tracąc z oczu istotę.
Mistycy porównują to ciało do ostatniego szczebla drabiny. Gdy będziemy mocno próbować, może nam się udać wejść na "dach", do królestwa wewnętrznego wiecznego pokoju i szczęścia. Jeśli nie, zsuniemy się i wpadniemy znowu we wzburzony ocean tego świata. Innymi słowy, jedynie w ludzkim ciele posiadamy możliwość osiągnięcia wyzwolenia. Bo tylko jako ludzkie istoty możemy spotkać doskonałego Mistrza, dowiedzieć się o wewnętrznej ścieżce i uprawiać praktyki Shabdu, czyli SŁOWA, które zawiodą nas do ostatecznego Celu.Mistycy wszystkich czasów powtarzają, że Boga nie można znaleźć nigdzie poza ludzką formą i szukanie Go gdziekolwiek indziej jest po prostu stratą czasu i energii. Oznacza to, że tylko będąc człowiekiem żyjącym w materialnym świecie - kompletnym człowiekiem, posiadającym wszystkie części w pełni rozwinięte - dusza może znaleźć Boga. Każda dusza musi sama w sobie odnaleźć Boga. Gdy tego dokona, kiedy znajdzie i spotka Boga w sobie, zobaczy Go i rozpozna w całym Jego Stworzeniu. "Człowiek jest świątynią Żyjącego Boga" - mówią Mistrzowie. Przede wszystkim dlatego ludzka postać jest tak cennym darem.
Prawie 100% ludzi w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy, choć wielu czytało tu i ówdzie te i podobne słowa. Fakt urodzenia się człowiekiem jest dla nas rzeczą jak najbardziej normalną i oczywistą. Czyż mogłoby być inaczej? Któż z nas jest sobie w stanie wyobrazić mozolną wędrówkę przez osiem milionów czterysta tysięcy rodzajów form życia, nawet gdyby trzeba się było wcielić w każdy z nich tylko raz - a przecież wiadomo, że w niektóre wcielamy się niezliczoną ilość razy? Nawet pomiędzy inkarnacjami ludzkimi, mogą istnieć krótkie antrakty przeżyte jako takie lub inne stworzenie niższe od człowieka.
Ludzie szukają Boga lub chociażby sposobu zbliżenia się jakoś do Niego w różnego rodzaju miejscach kultu, jak świątynie, punkty docelowe pielgrzymek, cudowne źródła i kąpieliska, gdzie odprawiane są ceremonie, rytuały i sakramenty. Widzą Go i czczą w malowidłach, figurach i innych przedmiotach materialnych. Modlą się do Niego, żądając spełnienia swych ziemskich pragnień i marzeń, a gdy Bóg nie wysłuchuje tych żądań, odwracają się od Niego i przestają w Niego wierzyć. Wszystko to są zewnętrzne formy wiary, niewiele mające wspólnego z prawdziwym czczeniem Boga. Nazywamy je "zewnętrznymi", ponieważ w czasie ich uprawiania uwaga wiernego kieruje się na zewnątrz, w stronę wizerunku lub innego obiektu oraz przyciągana jest odbywającą się ceremonią celebrowaną przy akompaniamencie śpiewów, dzwonów, kadzideł, wypowiadanych słów, dokonywania rytualnych ruchów itd. Ta uwaga, czyli świadomość w stanie czuwania, odwracana jest celowo od wnętrza, to znaczy tego miejsca, gdzie każdy człowiek może znaleźć w sobie Boga, a zwracana jest na zewnątrz, w stronę świata, jego spraw i pokus.
Tymczasem, prawdziwe czczenie Boga zalecane przez Mistrzów, polega na jak najczęstszym w ciągu doby i jak najdłuższym zwracaniu się do wewnątrz - zwracaniu, czyli wciąganiu uwagi do wewnątrz. Rozpoczyna się wycofaniem jej ze świata, a następnie wydobywaniem jej z całego ciała i skupianiem w centrum między oczami, gdzie i powyżej którego zachodzi samoczynny proces wciągania jej do wewnątrz i przeciągania do świata astralnego i wyższych światów. Jest to jedyna właściwa i skuteczna metoda poszukiwania Boga i dążenia do Niego.
Po jakimś czasie uprawiania mistycznej medytacji uczeń wchodzi w wewnętrzny kontakt z promienną postacią Mistrza i dopiero wtedy, przemierzając wraz z nią duchowe światy, przekonuje się naocznie jaka olbrzymia korzyść wypływa z posiadania ludzkiej formy; dopiero wtedy zaczyna sobie zdawać sprawę jakiego dostąpił przywileju, otrzymując ten właściwy "punkt startowy" powrotu do Domu i Boga. W książce "Discourses on Sant Mat", Mistrz Sawan Singh pisze:
To ludzkie ciało, które właśnie zamieszkujemy, jest najwspanialszym organizmem jaki kiedykolwiek został stworzony. Zawiera ono magazyn skarbów o największej wartości. Nie zdajemy sobie sprawy z jego potencjału i jesteśmy całkowicie nieświadomi bogactw ukrytych wewnątrz niego. Są tam dziesiątki milionów słońc, księżyców i gwiazd, drzew i rzek, miriady sfer Stworzenia, Brahmand (siedzib Brahmana, Uniwersalnego Umysłu), bogów i bogiń. Sam Bóg, którego zwiemy najprzeróżniejszymi imionami w różnych językach i krajach, również w nim mieszka. Nie można Go znaleźć w Pismach, w świętych księgach, w idolach, górskich grotach, na pustyni, ani podczas pielgrzymek. Lecz można Go zobaczyć w całej Jego glorii w królestwie niebieskim, które znajduje się wewnątrz ludzkiego ciała.
Im bardziej i głębiej wgryzamy się w nauki mistyczne, im bardziej próbujemy praktykować, tym bardziej ten aksjomat staje się oczywisty. Otrzymujemy ostateczny dowód, że bez Mistrza ani rusz zarówno w tym świecie, jak i w wewnętrznych światach, gdy spotykamy go wewnątrz i okazuje się, że do któregokolwiek nie poszlibyśmy z nim regionu, w każdym z nich nie ma istot od niego większych, ważniejszych i potężniejszych. Nawet jednak i wcześniej, na podstawie drobnych, niby nieważnych faktów oraz czasem znaczących zmian w naszym życiu, odczuwamy jego stałą obecność i nabieramy po jakimś czasie pewności, że widzi nas i nasze problemy, że nieustannie nam coś daje i bez przerwy, w niezmiernie subtelny sposób kieruje naszymi krokami. Gdyby tak nie było, nikt z nas nie dotarłby nawet w pobliże ścieżki, nawet by nie wiedział, że coś takiego jak ścieżka istnieje.
Doskonały Mistrz, Syn Boży, Satguru jest tym, który do więźniów tego świata przychodzi z kluczem od więziennej bramy i prawem otworzenia jej przed tymi, których uzna za gotowych opuszczenia jego murów. Pomniejsi mistycy, nauczyciele duchowi, wcielenia różnych aspektów Uniwersalnego Umysłu, przywódcy i dygnitarze religijni, działacze społeczni i politycy, prawodawcy i moraliści, filantropi i dobroczyńcy ludzkości oraz "aniołowie stróże" i tzw. "wewnętrzni przewodnicy" - są funkcjonariuszami, urzędnikami, których zadaniem jest uczyć nas jak sprzątać nasze cele, pomagać nam w tym, a nawet poprawiać nasze warunki socjalne w obrębie tych samych cel i oddziałów więzienia lub przenosić nas co jakiś czas do oddziałów coraz wyższych, o celach coraz bardziej komfortowych. Są oni naszymi współwięźniami, którzy otrzymali pewne stanowiska za zasługi wobec Uniwersalnego Umysłu, ale ich kompetencje są zbyt niskie, aby wyzwolić nas z więzienia. Co najistotniejsze przy tym, urzędnicy ci nie wiedzą, że w ogóle jakaś wolność istnieje, że coś jest poza murami - ba, oni sobie w ogóle nie zdają sprawy z istnienia jakichś murów i z tego, że są dozorcami więziennymi i że sami są pozbawionymi wolności więźniami. Dla nich "niebem" - docelowym punktem jest Trikuti (szczyt trójświatowego universum), zaś Bogiem jest Uniwersalny Umysł, poza którym jest Nicość, wieczna ciemność, po prostu nic nie ma. Tego uczą nas tu, na Ziemi oraz w światach wewnętrznych po śmierci.
Mistrzowie przychodzą do tego świata, aby gotowym do powrotu duszom uświadomić prawdę o Bogu i wskazać w jaki sposób opuścić na zawsze królestwo Uniwersalnego Umysłu oraz, aby je stamtąd wyprowadzić, służąc im za nauczyciela i przewodnika zarówno tu, w świecie materialnym, jak w światach wewnętrznych, pozazmysłowych. Dusza zaplątana w tym królestwie od niezliczonych eonów, przez eony utwierdzana w przekonaniu, że UU jest najwyższym i jedynym Bogiem, utraciła świadomość siebie i poczucie siebie. Stąd człowiek wprawdzie zna pojęcie duszy - po prostu zbyt wielu mistyków przychodzi do świata, aby tego słowa zabrakło w jakimkolwiek języku - ale utożsamia ją zazwyczaj z umysłem.
W domenie UU nie ma mowy o faktycznym urzeczywistnieniu, ponieważ poznanie, osiągnięcie i urzeczywistnienie Brahmana, byłoby równoznaczne ze stopieniem się z Brahmanem, ze staniem się nim. Jest to zatem jedynie teoretyczna możliwość, lecz jest rzeczą praktycznie niewykonalną, ponieważ UU nie życzy sobie, aby ktokolwiek był jemu równy w jego universum. Wyższe sfery przyczynowe zamieszkane są przez istoty, które śmiało można nazwać "Wielkimi Duszami", a religie zwą je aniołami, archaniołami, bogami i boginiami, którym niewiele było potrzeba do stania się samym UU, lecz nie byli tego w stanie osiągnąć. W literaturze mistycznej są wzmianki, że dusze te wyczekują na darshan doskonałego Mistrza, bo może im to pomóc w otrzymaniu ludzkiego ciała i stwarza możliwość dostania się pod opiekę którejś z inkarnacji SŁOWA. Mówi się, że w tym celu trzymają się w pobliżu zainicjowanych.
W tym dominium nie ma również mowy o urzeczywistnieniu siebie. Człowiek, który wbije sobie do głowy, że jego prawdziwe "ja" to umysł, będzie polepszał, będzie rozwijał, a w końcu zacznie czcić umysł, czyli coś, co jest tak samo jak ciało i inne obiekty tego świata iluzoryczne, tymczasowe, jednorazowe. Jednakże, czczenie umysłu może doprowadzić go jedynie do postępowania w ślad za umysłem - tam, gdzie umysł prowadzi; zaś umysł zawsze i niezmiennie prowadzi ludzką świadomość na zewnątrz, do zmysłów i materialnego świata. Tam zaś, w feerii bajecznie kolorowych świateł i jazgotliwej muzyki tandetnego lunaparku, człowiek - nawet jeśli wiedział, że jest duszą - zapomina o tym i całe jego dążenie do poznania, doznania i urzeczywistnienia, jego wszystkie szczytne uczucia i emocje, jego szlachetne pragnienia i oburzenia - zostają rozmienione na drobne, aby na koniec rozmyć się zupełnie w tej naszej ziemskiej "krainie ułudy".
Aby człowiek mógł przynajmniej rozpocząć starania wiodące do urzeczywistnienia, musi najpierw wiedzieć, co ma urzeczywistnić; musi wiedzieć, że jest to konieczne i musi wiedzieć, że jest to w ogóle możliwe. Następnie, musi wiedzieć jak tego dokonać, co robić, w którą zwrócić się stronę. Czyż jednak, poza doskonałym Mistrzem, jest ktoś kompetentny w tym universum, kto mógłby mu to powiedzieć, uświadomić, pokazać, umożliwić, poprowadzić? Nie ma. Bo nawet jeśli są ludzie, którzy o tym wiedzą, ich wiedza jest teoretyczna i nie posiada mocy - mogą jedynie otworzyć zainteresowanym ludziom oczy i zainspirować ich do poszukiwań Mistrza. Co najważniejsze zaś, tylko doskonały Mistrz posiada możliwość, prawo i moc podłączania i dostrajania dusz do SŁOWA, ponieważ on sam jest SŁOWEM - jest SŁOWEM CO CIAŁEM SIĘ STAŁO.
Jest to jeszcze jeden aksjomat nauk mistycznych i jest on również, tak jak wszystkie pozostałe, sprawdzalny. Oddając się doskonałemu Mistrzowi w opiekę, przywiązując się do niego, kochając go, poddając się jego woli i wykonując jego wszystkie polecenia, z których najważniejszym i najczęściej jedynym jest prośba o medytację dla naszego własnego dobra - nasza więź z nim staje się coraz silniejsza, coraz bardziej intymna; coraz bardziej stajemy się nierozłączni z nim, stajemy się nim i siłą rzeczy chodzimy z nim tam, gdzie on ciągle chodzi. Łącząc się z wcielonym SŁOWEM, siłą rzeczy nabieramy cech SŁOWA, sami też stajemy się SŁOWEM, Jego Nurtem, który w swym pływie powrotnym niesie nas do swego Źródła, na spotkanie Boga.
Mówi się, iż dla ucznia będącego tu, na tym świecie, doskonały Mistrz, wcielone SŁOWO, jest większy i ważniejszy od Boga. Jest to bodajże jeden z największych i najcięższych do strawienia dla zachodniego poszukiwacza, "paradoksów" mistycyzmu. Jeżeli bowiem Bóg jest Jeden, jest Pierwszy i zarazem Ostatni, a więc jest Wszystkim, to nie może mieć ani przeciwieństwa, ani niczego lub nikogo większego od Siebie. Lecz dla ucznia, który posiada Mistrza, Bóg Bezpostaciowy jest celem, do osiągnięcia którego dąży przy pomocy i poprzez Żyjącego w Ciele Boga. Dla niego Mistrz jest bliższym Bogiem, jest wszystkim, jest ważniejszy od Boga. Jest to zatem jak najbardziej pozorny paradoks. W książce "Mysticism the Spiritual Path" prof. Lekh Raj Puri uzasadnia to następująco:
Dla ucznia nie istnieje nic wyższego ponad obiekt jego oddania. Na tym polega sekret miłości. Jeżeli w oczach osoby zakochanej ukochany nie jest najdoskonalszą istotą, jasnym jest, że nie jest to doskonała miłość. W istocie, naprawdę kochać możemy tylko najlepszą i najwyższą istotę, a dla nas Mistrz jest najwyższą istotą. Jest lepszy i wyższy nawet od Boga, bo jeżeli nie takie będzie nasze nastawienie, to nasze oddanie nie będzie doskonałe. Jeżeli możemy sobie wyobrazić kogokolwiek, kto mógłby być lepszy od naszego ukochanego, to nawet jeśli jest to Bóg, nie jesteśmy naprawdę zakochani. Jeżeli ukochany nie jest całym światem dla kochającego, nie jest dla niego wszystkim, całym istnieniem, Bogiem, religią - oznacza to, że kochającemu nie dostaje miłości; że nie dostąpił jeszcze wyżyn transcendentnej miłości. Poza tym, dla istot ludzkich, Mistrz, Syn Boży, wcielone SŁOWO, jest naprawdę większy niż Bóg.
Lecz w istocie, doskonali Mistycy są jednym z Absolutnym Bogiem i w związku z tym kwestia porównywania nie wchodzi w rachubę. Gdy dwie rzeczy są identyczne, którą z nich możemy nazwać nadrzędną lub podrzędną? Żadną z nich, oczywiście. W rzeczywistości zatem, najwyżsi mistycy i Bóg są jednym i tym samym, nie są odmiennymi istotami. Lecz jest to prawda należąca do absolutnej, transcendentnej wiedzy. W świecie fizycznym, gdzie mamy do czynienia z prawdami względnymi, Mistrz jest oczywiście największą ze wszystkich istot.
Mistrz jest tą postacią Boga, którą możemy zobaczyć i dotknąć na wszystkich poziomach, ale Boga w Jego prawdziwej esencji można znaleźć jedynie na ostatnim poziomie absolutnej, transcendentnej świadomości. Któraż zatem postać Boga jest dla nas ważniejsza: czy ta, która jest nieustannie z nami przez całą naszą podróż duchową od człowieczeństwa do boskości; czy może ta rzadka esencja, do której dochodzimy na ostatnim etapie? Czyż totalna manifestacja Boga nie jest większa niż jedna prosta Jego Istota? Mistrz jest człowiekiem-Bogiem, plus postacią-astralną-Bogiem, plus postacią-przyczynową-Bogiem, plus transcendentną-istotą-Bogiem, plus czystym-duchowo-Shabd-Bogiem, plus Absolutnym-Bogiem - tymczasem Bóg jest jedynie Absolutnym Bogiem. Któż zatem jest większy? Oczywiście Mistrz, ponieważ oprócz tego, że jest Absolutnym Bogiem na najwyższym transcendentnym etapie, jest również z nami na każdym poziomie naszej egzystencji i na każdym z nich jest najlepszą i najwyższą istotą. Dla ludzkiego oddania i pobożności, dla oddania na wszystkich etapach za wyjątkiem ostatniego, Absolutny Bóg jest bezużyteczny. Nie istnieje. Na tych etapach istnieje On wyłącznie w formie Mistrza.
Mistrz jest Bogiem przychodzącym do nas blisko; Mistrz jest Bogiem przychodzącym do nas w ludzkim odzieniu; Mistrz jest Bogiem przychodzącym do nas w postaci, przy pomocy której może dotykać nas, mówić do nas, dzielić z nami uczucia, kochać nas i zabrać nas do Swej wiecznej, absolutnej Esencji. Mistrz jest największą Istotą, najwspanialszą i najpotężniejszą. Ludzie wołają: Boże, Boże, Boże - lecz gdzież On jest? Czyż różni się od Mistrza? Na razie, dopóki jesteśmy na poziomie umysłu i zmysłów oraz nie przebudziliśmy w sobie wyższych zdolności mistycznego transportu i nie mamy wstępu do wyższych poziomów transcendentnych - Bóg jest dla nas jedynie ideą, jak najbardziej subiektywną i personalną. Lecz Mistrz stoi przed nami w ciele z krwi i kości, jest obiektywną rzeczywistością, jest dostępny naszym wszystkim zmysłom.[...]
Bóg jest esencją istoty mistyka. Jest On wszechobecny i absolutny, ale Jego widzialną postacią jest mistyczny Adept. Można powiedzieć, że Bóg jest skarbcem, do którego klucz posiadają mistycy. Mistycy są skarbnikami. Czyż jednak skarbnik nie jest ważniejszy od skarbca, chociażby z tego powodu, że ma nad nim kontrolę? Nie jesteśmy w stanie dostąpić Boga i urzeczywistnić Go inaczej, jak tylko poprzez, przy pomocy mistycznego Adepta, dlatego mistycyzm przyznaje Mistrzowi wyższą pozycję niż Bogu.
Puri pisze dalej, że w kategoriach absolutnej prawdy Bóg i Mistrzowie są bez cienia wątpliwości identyczni, że są jednym i tym samym. Jezus w wielu miejscach Ewangelii Jana powtarza, że jest jednym z Bogiem, używając jakże charakterystycznej frazy: "Ja i Ojciec jedno jesteśmy". Czy to przypadek, że Jezus - tak pokorny i oddany Bogu - stawia siebie na pierwszym miejscu?
Jesteśmy na tym świecie, żyjemy tu, obleczeni jesteśmy w liczne powłoki materialne, bez których nasze funkcjonowanie tutaj nie byłoby możliwe. Mamy się ich pozbywać, mamy "rozwijać się z powijaków", ale do tego potrzebujemy kogoś, kto praktycznie pokaże nam jak tego dokonać, ponieważ sam wie jak to się robi. Bóg musi być w ciele fizycznym, musi zniżyć się do ludzkiej postaci, która rodzi się, dojrzewa, starzeje się i umiera; która odczuwa gorąco i zimno, ulega uszkodzeniom fizycznym, choruje, musi korzystać z ziemskich środków lokomocji, i w ogóle zachowywać się jak zwykły człowiek, bo przychodzi do ludzi - bo to ich ma uczyć, to im ma pokazywać, świecić przykładem, to im ma imponować, wzbudzać w nich podziw, inspirować do naśladowania. Czy gdyby Bóg przychodził do nas w snach i porozumiewał się z nami przy pomocy telepatii, moglibyśmy być całkowicie pewni na wszystkich etapach naszego duchowego rozwoju, że to jest naprawdę On? Albo, jakiż praktyczny pożytek mielibyśmy z Esencji, Energii, Idei? Czyż jesteśmy w stanie przywiązać się do niej tak, aby przestały istnieć wszystkie nasze ziemskie przywiązania? Czyż możemy jej do tego stopnia pragnąć, aby zaćmiła i zastąpiła wszystkie nasze dotychczasowe pragnienia i marzenia? Czyż bylibyśmy ją w stanie tak pokochać, aby ta miłość stała się w nas Naczelną Miłością, obejmującą wszystko i wszystkich? Oczywiście nie, ponieważ żywy człowiek potrzebuje żywego obiektu, do którego mógłby się przywiązać; którego mógłby pragnąć i o którym mógłby marzyć; który mógłby kochać ze wszystkich swych sił i przy pomocy wszystkich swych części, czyli duszą, umysłem i ciałem; któremu mógłby poświęcać wszystkie swe myśli, uczucia i emocje; któremu mógłby służyć we dnie i w nocy, 24 godziny na dobę.
Puri pisze, że Bóg w swej absolutnej formie w niczym nam nie pomaga, ale w postaci Mistrza wyciąga nas ze złudzeń i ignorancji, z bólów i nieszczęść. Kabir mówi:
Guru większy od Boga jest,
Wiedz to i w swym umyśle zważ;
Który Boskie imię powtarza,
Na tej stronie zostaje;
Który Guru Imię przyjmuje,
Przeszywa wszystko na wskroś.
My, ludzie, niewiele wiemy o Boskich Planach i sposobach urządzenia świata, dopóki nie wydostaniemy się ponad więzienie koła narodzin i śmierci i nie zaczniemy przemierzać najwyższych regionów Wszechświata. Dopóki dysponujemy ziemską logiką, bez której ani rusz tutaj, wszystko, co dotyczy tamtych sfer jest dla nas nieprawdopodobne i niewiele warte, ponieważ wydaje nam się nielogiczne, po prostu nie mieści nam się w głowie. Lecz prawda o konieczności przychodzenia Boga w ludzkiej postaci do każdego pokolenia ludzkości, jest tak prosta, tak logiczna, że aż dziw bierze, iż olbrzymia większość ludzi nie może w to uwierzyć. Odpowiedź może być tylko jedna: aby tę prawdę pojąć, aby ją zaakceptować, aby w nią uwierzyć, trzeba być naprawdę gotowym do jej przyjęcia i strawienia. Jezus mówi: Jamci jest ta droga, i prawda, i żywot; żaden nie przychodzi do Ojca, tylko przez mię. (Jan XIV:6).